Akcja + Reakcja = Rehabilitacja.

***

– Mamuś, mogę wziąć sobie tę bransoletkę? – Córka wskazuje na jedną z kilku wyjętych z paczki błyskotek.

– Nie, nie możesz. To są rzeczy cioci, ona je zrobiła dla mnie,  a ja muszę je sprzedać. Uzbierane w ten sposób pieniążki przeznaczę na leczenie i rehabilitację. – Odpowiedziałam.

– To ile ta bransoletka kosztuje? Bardzo mi się podoba. Chcę ją mieć.

– 30 zł.

– Dobrze, dam Ci je ze swoich kieszonkowych.

– Na pewno chcesz zapłacić?

– Tak, będziesz miała na ćwiczenia.

***

Ot, taka „rozmowa biznesowa” córki z matką.

🙂

Więcej o naszym projekcie „Akcja + Reacja = Rehabilitacja”  przeczytasz w następnych postach.

AKCJA REHABILITACJA_1

Reklamy

Carpe diem …

9 czerwca już miną. Chciałam tego dnia zrobić wpis na bloga, i jakoś nie było okazji. Chyba celowo odwlekałam tę chwilę, aż do dzisiaj. Dzień wcześniej, 8 czerwca już nie byłam w dobrym nastroju. Chodziłam jak „zbity pies” i warczałam na wszystkich. Wieczorem usiadłam na kanapie i dotarło do mnie, że jutro jest TEN dzień. Po raz pierwszy od dłuższego czasu totalnie się „rozkleiłam”. Pytałam samą siebie:

Dlaczego dostałam udaru?

Dlaczego nie mogę normalnie chodzić?

Dlaczego nie ruszam ręką?

Daczego nie wyglądam jak inne matki, żony, kobiety?

Dlaczego nie mogę zrobić sama wielu rzeczy?

Dlaczego wciąż muszę prosiś wszystkich o wszystko?

Dlaczego muszę na wszystko czekać?

Dlaczego nie mogę decydować sama za siebie?

Dlaczego wtedy nie umarłam, chociaż wszystko na to wskazywało, że powinnam była umrzeć na stole operacyjnym?

Dlaczego …?

Dlaczego ….?

Dlaczego ….?

****

9 czerwca 2018 roku obudziłam się jak zwykle około 6.00. Mąż zrobił śniadanie, poszedł do pracy, Emilka wybierała się do szkoły. Zostałam sama, popatrzyłam na zegar, a moje myśli przeniosły się w czasie do 9 czerwca 2010 roku. O tej porze jadłam śniadanie, przewijałam córkę, karmiłam ją piersią, ubierałam, miałyśmy wychodzić z mieszkania i się zaczęło …. moje nowe, drugie, bardziej wymagające, inne, ale …

ŻYCIE.

***

20180518_113742

Emilka zawsze widzi we mnie sprawną, uśmiechniętą i jej kochaną mamusię; dostępną i gotową na każde zawołanie. Kiedy chce, to patrzę na nią; kiedy chce, to jej słucham; kiedy chce, to ją przytulam i nigdy nie mówię ZARAZ, ZA CHWILĘ, MOŻE PÓŹNIEJ!

Dlaczego?

…. bo nie wiem, czy zaraz, za chwilę, później … jeszcze będę żyć!

Dlatego ….

CARPE DIEM!!!

🙂

 

Dzień Dziecka :)

Dzień Dziecka spędziłyśmy dziecinnie, bawiąc się. Dwie rakietki, lotka i dwie osoby do gry. Wypadło na mamusię. Nie mogłam odmówić. Stanęłam na wysokości zadania, chociaż nie było łatwo. Chwiałam się jak drzewo na wietrze, bałam się, że jeden fałszywy ruch, będzie po mnie i gruchnę na ziemię, ale nie poddałam się. Badminkton w moim wydaniu wyglądał przekomicznie, bo stałam w miejscu i odbijałam tylko lotkę, ale moje dziecko miało ogromną radość z tego, że gra z mamusią. Komentarz do tej naszej wspólnej zabawy był niesamowity. W pewnym momencie Emilka mówi: „Oooo, cool’awa gra!!!”. A uśmiech na jej twarzy był bezcenny!

I za to ją kocham!!!

 

Na każdym etapie mojej niepełnosprawności i mojej rehabilitacji towarzyszy mi córka. To ona jest promykiem słońca, który rozświetla pochmurne dni mojego egzystowania. Od początku była ze mną, a ja z nią. Każda minuta spędzona razem była i jest dla mnie jak godzina w gabinecie u psychologa. To ona daje mi siłę do przetrwania najtrudniejszych momentów i kryzysów. To dla niej żyję i ciągle chcę coś robić ze swoim kalekim ciałem i życiem. To dla niej codziennie zmieniam się w lepszą mamę i lepszego człowieka. To wszystko dla niej ….

Łezka w oku.

Łezka w oku się zakręciła, kiedy moja córka dawała mi prezent z okazji Dnia Mamy. Własnoręcznie napisaną książkę o mamie. Zna moje myśli, moje marzenia i upodobania. Jest wdzięczna za to, co dla niej, lub razem z nią robię. I czasami jeszcze pyta: ” Mamusiu, kiedy wyzdrowiejesz?” Co w takiej chwili jej odpowiedzieć? Mówię po prostu prawdę, że „Nie wiem.”, lub „Chyba już nigdy.”.

Tak, moja córka ma niepełnosprawną mamę. Ale nie miałam wpływu na to, że akurat mnie dotknęła ta przypadłość. Wylew, wypadek lub inna choroba, która może spowodować kalectwo tak naprawdę może dotknąć każdego z nas.  W obliczu tego, co się działo w ostatnich tygodniach w Sejmie czuję smutek i żal do ludzi, którzy w niepochlebny sposób wypowiadali się o tej całej sytuacji. Niepełnosprawni, nieważne czy to dziecko, matka, ojciec zasługują na godne życie, byt i funkcjonowanie. I naprawdę w MOJEJ sytuacji przeżycie miesiąca za nieco ponad 1.000 PLN renty (którą i tak przyznano mi czasowo do listopada br.) to jest upokarzające i urągające godności ludzkiej, bo w tej chwili nie jestem jeszcze w stanie pracować zawodowo. Nie mając pomocy finasowej od rodziny i pieniędzy z fundacji AVALON na leczenie i rehabilitację,  mogłabym gnić w łóżku, czekając na śmierć.

Jestem zbulwersowana komentarzami osób w internecie,  które piszą, że już nigdy nie przekażą 1% na niepełnosprawnych, bo to banda darmozjadów, śmierdziuchów, do roboty niech się wezmą itp. A ja proponuję, aby na jeden dzień pojechali do szpitala na oddział rehabilitacyjny, neurologiczny, do hospicjum, do domu, gdzie jest osoba niezdolna do samodzielnej egzystencji i pomogli w opiece.

Moja rodzina kilka miesięcy po wylewie też zmieniała mi pampersy, myła mnie, ubierała, karmiła. Dodatkowo było kilkumiesięczne dziecko, które też potrzebowało stałej uwagi. Było bardzo ciężko. Mąż i babcie sami sobie radzili.

Teraz też wymagam opieki. Moja córka widzi to wszystko i stara się też mi pomagać w takim zakresie w jakim ona – jako małe dziecko – może. Nie chcę jednak, aby przez moje trudności w egzystowaniu straciła dzieciństwo, beztroskę i radość życia. Robię co w mojej mocy, aby być osobą jak najmniej uciążliwą dla otoczenia, co nie oznacza, że nie mam swoich potrzeb, marzeń i pragnień. Nie mogę udawać, że nie istnieję!

***

Córeczko, też chcę być wreszcie sprawna, nie liczyć na łaskę Państwa, fundacji i innych! Chcę pójść z Tobą na zakupy do sklepu, do biblioteki, na basen, na spacer. Tylko my dwie. TY i JA ….

***

Nie chcę jednak, aby to zabrzmiało jako wyraz mojej frustracji i żalu. Nie. Ja cieszę się każdym dniem jakkolwiek on wygląda. W większości przypadków spotykam się z życzliwością, pomocą i dobrocią. Dziękuję wszystkim, którzy tacy są wobec słabszych!

 

Piękny prezent!

***

… córeczko, też Cię kocham …

… i to już nie tylko jedna łezka, ale krople łez kapią na klawiaturę komputera ….

… trzeba oczyścić atmosferę i swoje myśli … płaczę! Możesz razem ze mną!

 

Niepewność.

Był to 33 dzień cyklu. Już wcześniej miałam podobne opóźnienia, więc nie popadałam w euforię, chociaż czułam się inaczej niż zazwyczaj. Nie chciałam po raz kolejny się rozczarować. W drodze do pracy wstąpiłam do apteki i kupiłam test ciążowy.  Siedząc w pracy jak na szpilkach, przy najbliższej nadarzającej się okazji wzięłam torebkę i poszłam do łazienki. Była godzina jedenasta. Rozpakowałam pudełko, przeczytałam szybko instrukcję obsługi. Jedna różowa kreska – brak ciąży, dwie różowe kreski – ciąża. Pierwszy raz wykonywałam coś takiego. Ręce mi drżały. Postępowałam zgodnie ze wskazówkami. Czekałam, czekałam, czekałam i czekałam. Były to najdłuższe dwie minuty w moim życiu. Czas ciągnął się w nieskończoność. Ok, pojawiła się jedna kreska. Czekałam jeszcze chwilę. Druga minuta mijała. W miejscu, gdzie powinna pojawić się moja upragniona druga kreska coś się zaczynało klarować. Odczekam kolejną minutę. Ta druga linia zaczynała przybierać na kolorze. Była coraz intensywniejsza. Tak. Pojawiły się dwie grube kreski na teście. Przeczytałam jeszcze raz instrukcję. Nie miałam już żadnych wątpliwości. Byłam w ciąży! Robiło mi się na zmianę ciepło i zimno, zimno i ciepło, a nogi uginały się, kiedy wracałam do pokoju. Usiadłam w fotelu przed komputerem, wzięłam dwa głębokie oddechy. Nie mogłam uwierzyć w to, że oto moje marzenie zaczyna się spełniać.  Wypiłam kilka łyków herbaty, aby ochłonąć. Powoli docierała do mnie ta myśl, że wreszcie zostanę mamą. Po pracy wstąpiłam jeszcze raz do tej samej apteki i kupiłam drugi test, tak dla pewności. 

🙂

DSC00220

DSC00221
kwiecień  2009

 

 

 

 

Łzy …

 Nie wiem, czy to były łzy szczęścia, łzy rozpaczy, czy bezsilności. Klęczałam w kościelnej ławce i w momencie, kiedy moje dziecko przyjmowało pierwszą komunię świętą popłakałam się. Patrzyłam na nią, a łzy jak krople deszczu płynęły po policzkach, kapały na sukienkę, a ja siedziałam i wspominałam, rozmyślałam  … dziękowałam. Wspominałam chwile, kiedy prawie osiem lat temu trzymałam córkę na rękach, a ksiądz polewał jej maleńką główkę wodą święconą. Myślałam, że gdybym – osiem lat temu, tydzień po chrzcie dziecka – umarła podczas wylewu, nie miałabym okazji przeżyć kolejnej ważnej uroczystości w życiu mojej córki. Dziękowałam Bogu, że jestem jeszcze tu na ziemi, bo mam wiele do zrobienia. Pomimo mojego kalectwa, pomimo wielu trudności. Nie poddaje się. Mam do spełnienia misję … a dobrzy ludzie wciąż mi pomagają.

***

To jednak były łzy szczęścia.

20180513_120243
Mami&Emi

Mamusia w obiektywie.

Sobotnie popołudnie na działce. Emilka postanowiła zabawić się w „fotografkę”. Mamusia lubi się fotografować. Nie przeszkadza jej to, jak wygląda, po prostu dobrze się bawi ze swoją córeczką Emileczką 🙂